Wersja cyfrowa czy pudełkowa? Zarówno jedna jak i druga ma całą masę zwolenników, zarówno jednak jak i druga ma masę zalet, ale także i wad. Ja odkąd sięgam pamięcią, zawsze wolałem gry w fizycznym wydaniu, dlaczego? Już tłumaczę.

Graczem jestem od jakichś 25 lat, gdy zaczynałem swoją przygodę z grami, raczej nie było wyboru – internet jeszcze raczkował (Ba, nie znałem wtedy nikogo kto by internet miał!) więc gry pozyskiwało się na dwa sposoby. Pierwszą opcją była giełda – ruskie tłoki, marne nośniki, często zwyczajnie goła płyta z tytułem gry napisanym za pomocą markera. Tanie, chujowo wydane, a do tego kupując taki twór od jakiegoś Seby w czapce Abadisa, często ryzykowaliśmy tym, że gra będzie mocno okrojona albo zwyczajnie zjebana i nie będzie działać.

Jeśli byliście graczem w latach ’90, to nie uwierzę że choć raz nie kupiliście tak zwanego „pirata” – piracił każdy, a kiedy pojawiły się pierwsze nagrywarki, największe zakupy robiło się w sklepach komputerowych. Producenci „czystych płyt” zbijali pewnie wtedy kokosy – sam wiele razy odwiedzałem kumpli ze świeżym „Verbatimem” coby móc zagrać w jakąś nowość, którą ktoś kupił na giełdzie.

Drugą opcją było kupienie nowej gry, oryginalnej, wydanej często w pięknym Big Boxie, z dołączoną instrukcją (Grubości książki, bo często były też tak poradniki). Kosztowało to sporo, jednak frajda z rozpakowywania takiego pudła wynagradzała wszystko – pachnące farbą ulotki, świeże, przez nikogo nie macane płytki, no piękna sprawa.

Skłamałbym, gdybym powiedział że zawsze kupowałem tylko oryginalne gry – na te rzadko było mnie stać, więc posiłkowałem się giełdami, co często też prowadziło do tego że marnowałem pieniądze. Nie zapomnę jak kupiłem Red Alert 2, a w domu okazało się że gra nie chula bo jakiś inteligent usunął jakieś pliki, reklamacja? Pojebało Cię? Reklamacji nie uwzględniamy.

Naciąłem się tak wiele razy, dzięki czemu mój piracki proceder kupowania lewych gier się zakończył – pała się przegięła, od teraz tylko gry z legalnych źródeł. Moją pierwszą grą był kupiony w 1998 roku Baldur’s Gate, do dziś pamiętam jak z bananem na ryju popierdalałem do domu, byle tylko uruchomić grę i zobaczyć co się kryje w pudełku.

Instrukcja, ładnie wydane płytki, wielki kartonowy box – wiedziałem za co płacę, wiedziałem że nie powtórzy się taka sytuacja jak z tym gównem z giełdy. Profesjonalna polska wersja językowa, widoczne wymagania sprzętowe (No, przy piratach często nawet nie wiedziałem czy gra mi odpali!), no miód malina. Wtedy też doszło do mnie to, że kupując lewe wersje gier zwyczajnie… jestem złodziejem.

Wcześnie nie zastanawiałem się nad tym, ot kupiłem grę na giełdzie, ktoś zarobił, przeca jej nie ukradłem. Dopiero potem pomyślałem „kurwa, przecież przy tej grze siedziała masa ludzi, trzeba im dać zarobić”… i tak właśnie pokochałem fizyczne wydania gier, oryginały, a nie marne tłoki kupowane od ludzi mówiących z rosyjskim akcentem.

Całe moje kieszonkowe szło wtedy na gry – Total Annihilation, Torment, Icewind Dale, kiedy tylko mogłem, ładowałem moje zaskórniaki w nowe tytuły. Jarałem się tym jak to jest wydane, jarałem się tym, że w razie problemów z daną produkcją, mam numer do supportu i mogę się tam czegoś dowiedzieć. Jarałem się że mogę grać po polsku i usłyszeć głosy znane z telewizji. Co jednak mnie ujęło najbardziej? To, że mogłem się chwalić przed kumplami moją kolekcją.

Wcześniej miałem co najwyżej taki „piórnik” na płyty, który był pełen chujowo wypalonych płyt, bez okładek, bez nadruku na nośniku, no kurwa bez niczego. Przy oryginalnych grach, mogłem już ustawiać je na półce i cieszyć się tym, że pojawia mi się ich w kolekcji coraz więcej. Do dziś, niestety przez różne losowe sytuacje życiowe, nie ostało mi się nic z tamtych czasów. Postanowiłem jednak kilka lat temu że kiedyś swoje skarby posiądę ponownie, sukcesywnie staram się więc zapełniać półki dobrami z growego świata.

Tu dochodzę do kwestii plastiku – nie mam nic przeciwko temu, że ktoś woli cyfrowe wersje gier, jest to jakaś wygoda, miejsca w pokoju więcej, ale… takie cyfrowe gry są często dużo droższe niż pudełko, więc płacimy chore pieniądze za coś, czego nawet nie weźmiemy do rąk. Druga kwestia – gdy na przykład padnie internet czy dany usługodawca będzie miał problemy, w taką grę nie zagracie, nie ściągniecie jej.

W przypadku pudełek wszystko jest prostsze – sklepy często robią promocję, nie jesteśmy skazani tylko i wyłącznie na PSN/XBL/eShop czy inne Steamy. Możemy też kupować używki, możemy się grami wymieniać, w przypadku gdy jakaś gra nam nie „siądzie” możemy ją w cholerę sprzedać, nie zostaniemy z nią na koncie do końca życia.

Ja wybrałem pudełka z tego samego powodu, dla którego z piratów przesiadłem się na oryginały – lubię ustawiać wszystkie tytuły na półce, lubię te pierdółki dołączane do gier, nawet jeśli w pudełku jest tylko jakaś biedna książeczka czy ulotka. Morda mi się cieszy gdy dorwę jakieś limitowane wydanie, pełne dodatków, zarówno tych w formie fizycznej jak i kodów, jak na przykład Destiny 2 widoczne na zdjęciu.

Taki Wiedźmin 3 na przykład, nasze dobro narodowe – w pudełku znajdziemy naklejki, płytę z muzyką, instrukcję. Krew i Wino czy Serca z Kamienia dodatkowo oferowały talie kart do Gwinta, a wszystko było pięknie wydane. To mnie właśnie przekonuje do tego, żeby inwestować w gry wydane w pudełkach.

Nie lubię cyfrowych wersji, te kupuję w ostateczności, gdy na przykład wersja fizyczna danej gry jest mocno limitowana i kurewsko droga. Nie lubię ich dlatego, że nie mogę właśnie chwycić w swoje grabiaste łapy takiej gry, nie mogę wertować instrukcji, czytać opisów na pudełku, no zwyczajnie nie bawi mnie coś takiego.

Cieszę się z jakichś plakatów dołączonych do gry, mam frajdę z odsłuchiwania soundtracku z płyty, lubię przeglądać artbook czy podziwiać litografie.

Cyfrowe wersje nie przemawiają też do mnie dlatego, że jako mieszkaniec wiochy mam zwyczajnie gówniany internet. Ściąganie czegokolwiek boli, a w przypadku płyty wystarczy wsadzić ją do napędu. Taaak, wiem, często trzeba ściągać patcha, ale i bez niego można już grać.

Prawda, ostatnio gry w pudełkach też są biednie wydawane (Nierzadko w pudełku oprócz płyty nie ma nic więcej), jednak nadal mogę sobie to postawić na półce i jarać się kolejną grą w kolekcji. Co ja w tym widzę takiego? Nie wiem! Po prostu, to taka dziecięca radość, lubię kolekcjonować gry i prędzej wywalę z szafy trochę ciuchów, niż zrezygnuję ze zbieractwa jeśli zacznie mi się kończyć miejsce. No, chociaż moja żona ma inne zdanie.

Coraz więcej osób zapowiada „że to już koniec pudełek, zostanie tylko cyfra” i jeśli mam być szczery… boję się że kiedyś to nastąpi. Mam tylko nadzieję że jest więcej takich jak ja, a pudełkowych wersji gier łatwo nie oddamy. A jak to jest u Was? Cyfra czy pudełko?