Przyznaję się bez bicia już na wstępie – nigdy nie miałem styczności z grami planszowymi. No, nie liczę takich rzeczy jak warcaby czy słynny „eurobiznes”, gdyż w to grał chyba każdy z nas. Ja natomiast nie miałem okazji grać w „planszówki” (Czy też bitewniaki) z prawdziwego zdarzenia. Jedyne co o nich wiem, to to co zasłyszałem w internecie. Kiedy więc dostałem wielkie pudło z „analogowym” World of Tanks… No, byłem w niemałym szoku.

W ładnie wydanym kartonie dostajemy cztery czołgi (Między innymi Cromwell i słynne T-34), instrukcję, sześć ładnych, czarnych kości, cztery karty wspomnianych czołgów, a do tego całą górę kart – 31 kart załogi, modułów i wyposażenia i 32 karty uszkodzeń krytycznych. Całości dopełniają dwa arkusze żetonów, w skład których wchodzą na przykład płaskie domki, płotki czy wzgórza i lasy. „Czej, czej Wulgarny, jakie kurwa domki, jakie lasy?!” – cierpliwości, o tym za moment.

W pudle pełnym dobroci dodatkowo znajduje się kod bonusowy do „cyfrowego” World of Tanks, dający nam korzyści w grze. Nim się obejrzałem, to kod magicznie wyparował sprzed moich oczu. Pomyślałem że może Tosławie spodobał się kartonik i go zawinęła, ale nie… Prawda była bardziej skomplikowana! Okazało się że mój teść, ojciec mej żony, złoty człowiek któremu oddałem swojego Xboxa One X… Jest fanatykiem World of Tanks na konsoli. I on sobie ten kod wziął, bo „ja i tak dawno nie grałem”. I tak mnie ominęły bonusy w grze…

Dawaj tawarisz, ognia!

Wracając jednak do samej gry – teść, jak wspomniałem, dałby sobie oczy wyrwać dla WoT, więc gdy tylko zobaczył że mam planszówkę z uniwersum jego ukochanych „czołgów” od razu kazał rozkładać wszystko na stole, po czym zabrał się za studiowanie zasad. Ja sam bałem się że ciężko mi to będzie pojąć, w końcu to mój pierwszy kontakt z takimi grami, więc różnie to mogło być.

Nie bój się, to nie trudne!

Wystarczyło jednak jakieś 15 minut, abyśmy razem z człowiekiem zabierającym kody zasiedli do pierwszej rozgrywki. Figurkowa wersja World of Tanks ma w sumie trzy etapy:

  • W pierwszym rozmieszczamy swoje jednostki, kitramy się za domkami które był dołączone do zestawu, rozstawiamy płotki, pagórki i lasy, łąki i góry, przełęcze i… Przepraszam, poniosło mnie. Nie ma tu łąk i gór. Przełęczy też nie. Pagórki i lasy jednak w pudełku znajdziemy. Pierwsza faza polega więc na tym, aby rozstawić „świat gry”, a następnie poruszać się ciężkimi maszynami zniszczenia. Do poruszania się mamy specjalną miarkę – ta wskazuje kierunki w których możemy jechać, a ilość ruchów wskazują nam żetony (I wartość „mobilności”).
  • Drugi etap to ten najciekawszy – w nim nakurwiamy do siebie stalowymi potworami, niszczymy rodzinne relacje i skazujemy się na słynne „patrzenie spode łba” jeśli chodzi o konkurenta. Na szczęście pizda ze mnie a nie skoczek, więc to ja częściej patrzę na teścia z mordem w oczach. A on się ze mnie śmieje…
  • Na koniec pozostaje dowodzenie – podczas tego etapu naprawiamy swoje zniszczone klamoty, określamy jak mocno dostaliśmy wpierdol i zgrywamy wielkiego generała.

Niestety, jestem kiepskim nauczycielem, więc zasady tłumaczę gorzej, niż polityk spowiadający się z tego co znowu odjebał. Musicie jednak wiedzieć, że każda partyjka w figurkowym World of Tanks to naprawdę niesamowita sprawa – mnie czasami ponosi i robię gębą odgłosy trafień, czym wyprowadzam teścia z równowagi i CZASAMI udaje mi się z nim wygrać… Czasami.

Urrraaa!

Reguły gry są bajecznie proste – jeśli ktoś taki jak ja, kompletny laik, beztalencie i świeżak w świecie gier planszowych (Czy też figurkowych!), szybko się w tym wszystkim połapał, to znaczy że każdy będzie mógł szybko zacząć grać, zamiast ślęczeć godzinami nad instrukcją. Ja grałem już po dosłownie piętnastu minutach lektury, myślę jednak że człowiek mający takie gry w małym palcu, ogarnąłby to jeszcze szybciej.

Jedna partyjka trwa coś około godziny (No, przynajmniej na początku, gdy uczymy się gry), jednak na pudełku twórcy napisali że powinna ona trwać 30 minut. Nam się tam nie śpieszyło, więc pojedyncze starcie zawsze mocniej się przeciągało. Warto się przy World of Tanks skupić, pomyśleć, a nie lecieć na pałę i rzucać czołgami o ścianę – macie być mistrzem taktyki, a nie wariatem który rozdupca swoją armię głupotą.

Jakie ładne czołgi!

Na pochwałę zasługuje na pewno to, jak starannie przygotowane zostały wszystkie elementy zestawu. Czołgi są świetnie wykonane (I na szczęście nie trzeba ich składać!), pełne drobnych detali, a miłośnicy malowania figurek, pewnie mogą się śmiało pokusić o dodatkowe ozdobienie ich. Wszelkie karty, żetony, kości czy elementy takie jak domki także nie mają się czego wstydzić – wszystko jest solidne, ładne i dopracowane.

Jeśli jesteś takim człowiekiem jak ja i… Nie, nie chodzi mi o grubasa z zakolami! Jeśli nigdy nie miałeś do czynienia z grami planszowymi, figurkowymi, bitewnymi (Widać że jestem świeżak, nie?), to nie bój się kontaktu z World of Tanks w wersji bez prądu. Zasady są bajecznie proste, frajda z każdej rozegranej partyjki wielka niczym dziura budżetowa – ja nie spodziewałem się że aż tak mocno wciągnie mnie zabawa plastikowymi czołgami.

Szczerze? Nie ma ostatnio wieczoru, żeby nie rozstawiał z teściem tych wszystkich bajerów na stole czy podłodze. Gramy niemal codziennie, spuszczając sobie nawzajem większy lub mniejszy oklep. To że ja przegrywam to nie znaczy że nie umiem grać oczywiście, wiadomo, trzeba teściowi dawać fory i… Kogo ja oszukuję… Nawet mimo sromotnej klęski jaką ponoszę zazwyczaj, nie mogę się od gry oderwać. Nie mogę się oderwać do tego stopnia, że planuję z teściem zakupić dodatkowe czołgi (Tak, jest taka opcja!) aby jeszcze bardziej urozmaicić rozgrywkę.

Jeśli kochasz World of Tanks na konsoli czy PC, to koniecznie, naprawdę koniecznie, sprawdź wersję figurkową – raz że to miła odmiana od gapienia się ciągle w ekran (Oczy Wam się zepsują!), to zwyczajnie fajnie jest czasem posiedzieć z kimś z rodziny, kimś znajomym i pobawić się czymś innym niż gry w co-opie na ekranie telewizora.

Z czystym sumieniem polecam!

Samą grę kupicie tutaj. Polecam to robić u źródła. 🙂

Dziękuję Wargaming.net za dostarczenie egzemplarza gry do testów.